SPRAWDŹ OFERTĘ DLA CZYTELNIKÓW BLOGA I STWÓRZ ZE MNĄ SWÓJ NEWSLETTER!
WordPress - e-kreatywnie się rozwija

Bo od niedawna e-kreatywnie chodzi na czterech…

Ha! To nie jest blog o niczym lifestylowy, więc mało tu wpisów osobistych, ale ten taki będzie. Do podzielenia się tą historią zainspirowała mnie pewna Facebookowa rozmowa. Pomyślałam sobie po niej dwie rzeczy. Że warto mówić o swoich sukcesach. I że warto opowiedzieć o drodze, jaką się przechodzi. Osobiście uwielbiam czytać cudze case study. Wtedy jeszcze nie chciałam, ale dziś już chcę i mogę się podzielić. Dziś moja/nasza historia. Wchodzisz?

Właściwie, jak tak sobie myślę o swoim życiu, to muszę ci się do czegoś przyznać. Jestem szczęśliwa. Wprawdzie nie zawsze było łatwo, lekko i przyjemnie. Nie pochodzę z idealnej rodziny, nie wyssałam z mlekiem matki wiedzy o robieniu biznesu, nawet za specjalnie nikt z najbliższych nie wróżył mi sukcesów i nie wygrałam nigdy w Totka więcej niż “dwójkę”. Miejsce, w którym jestem zawdzięczam tak naprawdę Bogu (wielu z moich znajomych nazywa Go Siłą Wyższą), sobie (odwadze pracy nad sobą, również w gabinetach terapeutycznych) i JEMU.

Poznaliśmy się kilka ładnych lat temu – będzie z osiem! – i wiele wspólnie przeżyliśmy. Nie, nie w sensie przygód, wyjazdów, czy innego zwiedzania miejsc dżunglowo niedostępnych. Po prostu w sensie bycia razem, tzw. docierania się i poznawania mimo, że każde z nas przechodziło swoje zmiany w tym czasie. Dziś wiem, że bez NIEGO e-kreatywnie by nie istniało, choć do tej pory formalnie nie brał w nim udziału. Co więc robił?

Przede wszystkim – był/jest wsparciem. To KTOŚ, kto zawsze we mnie wierzył. To ON moje wątpliwości kwitował swoim: “ale właściwie dlaczego ma ci się nie udać?”, albo: “ale w sumie co stracisz, jak się nie uda?”. A to sprawiało, że jakoś tak wszystkie moje wielkie lęki i strachy malały. Kiedy zakładałam pierwszą działalność, agencję opieki nad osobami starszymi, to właśnie ON mówił: “pewnie! spróbuj!” podczas, gdy inni mówili: “ale wiesz, że to kosztuje?”, “z czego ty będziesz żyć?” i – mój pseudo-motywacyjny faworyt: “a co zrobisz, jak ci się nie uda?”. To ON motywował do szukania rozwiązań, czy wyjścia z nietypowych sytuacji.

To ON zadawał też niewygodne pytania. Kiedy sypała się moja współpraca ze wspólniczką – jako jedyny – miał odwagę zapytać: “jak długo chcesz to jeszcze tak ciągnąć?” i kiedy wolałam wierzyć, że wszystko jakoś się spina mimo, że czułam w kościach, że nie, to ON zapytał wprost: “to ile masz tego długu?”, zmuszając mnie do wyciągnięcia kalkulatora i spojrzenia na twarde dane. Bolało, ale było bezcenne.

Wreszcie to też ON nie dodawał mi czegoś, co nazywam “płonne nadzieje”. Wiecie, mamy w Polsce takie swoje hasło narodowe i dobrze wiemy, że zawsze “jakoś to będzie”. ON, jak nie Polak, jest kompletnym zaprzeczeniem tego zdania. Dlatego też nie zdarzyło się, żeby utwierdzał mnie w czymś, w co nijak nie wierzył, że się uda.

Mieć takiego KOGOŚ u boku jest ogromnie cennym doświadczeniem. Oczywiście i na szczęście nasz związek to nie tylko: “ja mam firmę, a ON nie i moje ważniejsze” 😉 To również historia JEGO szukania swojej ścieżki (choć nie mam pozwolenia, by więcej o tym pisać).

Gdzieś w międzyczasie w mojej głowie powstała nieco ryzykowna wizja. Główkowałam prosto. Skoro ON pisał programy w C++ w tym samym czasie, kiedy ja ćwiczyłam zręczność palców na joystiku podczas skakania w telewizorze na deskorolce (kto pamięta lata 80-te, Commodore i Atari, ten wie…), skoro e-kreatywnie może zahaczać (często wręcz jest taka konieczność!) o pisanie kodu, a ja nijak się do tego nie nadaję, to dlaczego w sumie ON miałby do swojej pasji nie wrócić? Zwłaszcza, że od pewnego czasu zastanawiałam się, jak ogarnę przyjęcie kogoś nowego i stworzenie zespołu w rozwijającej się stale firmie.

Przyszedł moment, kiedy tak właśnie się dzieje i na pokład e-kreatywnie wkracza mój mąż. Po pierwszym miesiącu mogę podzielić się jednym: to bardzo fajne, że możemy się uzupełniać, że ON robi rzeczy, na których ja się nie znam (mój mózg naprawdę nie nadąża za tymi znaczkami w PHP), a ja skupiam się na tym, co umiem i kocham. Podzieliliśmy zakres obowiązków: ja – sprawy “miękkie”, ON – wszystko, co związane z kodem. I nie włazimy sobie nawzajem w to, na czym się nie znamy. Fajne jest też i to, że możemy się siebie poradzić i że obojgu nam zależy na rozwoju dokładnie w takim samym stopniu (wiecie, jak mogłoby to być z pracownikiem).

Więc tak, uroczyście ogłaszam. E-kreatywnie chodzi już na czterech. Nie, nie na czworakach. Na dwóch moich i na dwóch męża mojego nogach. I już. I pięknie. Chwilo trwaj!

Dołącz do WP MasterClass

O autorce...

Kasia Aleszczyk

Znana jestem z tego, że pomagam innym zaprzyjaźniać się z WordPressem. Na co dzień uczę również, jak żyć w necie, by przeżyć. Cieszę się, że jesteś i zapraszam częściej!

8 thoughts on “Bo od niedawna e-kreatywnie chodzi na czterech…

  1. Super, że masz tak wspaniałego męża! Wsparcie najbliższych jest bardzo ważne! Jestem ciekawa kolejnych wspólnych wpisów 🙂 Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sięgnij po więcej!