SPRAWDŹ OFERTĘ DLA CZYTELNIKÓW BLOGA I STWÓRZ ZE MNĄ SWÓJ NEWSLETTER!
jak wycenić swoją pracę

Dowiedz się, za co mi płacisz, czyli o tym, jak wycenić swoją pracę

Był piątek rano. Obudziłam się w świetnym nastroju, bo dzień wcześniej dobiliśmy wynajmu mieszkania. W zwolnionym tempie, po śniadaniu, usiadłam do tego, co zwykle rano: maile, sklep, zamówienia, Facebook… Facebook? Tak, zawsze go sprawdzam, bo codziennie odpowiadam na pytania o współpracę w skrzynce i przy okazji sprawdzam, co dzieje się w “feedzie”. Był więc powolnie rozpoczynający się piątek, kiedy zobaczyłam TĘ rozmowę. I dlatego dziś pogadamy o tym, za co mi płacisz i jak wycenić swoją pracę. Żeby była jasność. Jeśli jesteś moim Klientem – to nie jest tekst kierowany do Ciebie. To wpis do tych, którzy – zadają mi pytanie “Dlaczego tak drogo?” i dzięki temu w konsekwencji moimi Klientami nie zostają. Jeśli odesłałam cię do tego wpisu, to prawdopodobnie nie miałam czasu na dywagacje dotyczące mojej oferty, wyceny, propozycji i raczej również nie zdecyduję się na naszą współpracę. Ewentualnie jest to wpis dla tych, którzy dziś nie wiedzą, jak wycenić swoją pracę lub którzy chcą poczytać, jak ja to robię. Uwaga. Zaczyna się mięcho 😉

Jak wycenić swoją pracę?

Jeśli zadajesz takie lub podobne pytanie gdzieś na grupie na Facebooku, to rozumiem, że jesteś na początku swojej biznesowej drogi. I powiem ci od razu – dobrze, że pytasz. Ja nie pytałam. Zaczynałam w ciemno. Jeśli robiłam coś wspólnie z kimś – sytuacja była prostsza (ten ktoś miał zawsze większe doświadczenie w wycenianiu). Jeśli jednak sama – to pisałam oferty w ciemno, niejako “skanując” rynek. Efekt tego skanowania najczęściej był mizerny, choć raczej nie do końca z powodu moich “stawek”. Więc tak, dobrze, że zadajesz pytanie: “jak wycenić swoją pracę”. Ale kiedy już otrzymasz odpowiedzi dobrze się zastanów, której z nich posłuchasz. Nie ma jednej, najlepszej odpowiedzi na tak zadane pytanie. Kiedy rozmawiam z innymi osobami zarabiającymi na usługach związanych z WordPressem – okazuje się, że każdy z nas ma swój sposób na wycenianie zleceń. Dlatego też dziś po prostu podzielę się moim własnym.

Na początek wyobraź sobie, że dzwoni do ciebie sąsiad mieszkający w mieszkaniu pod Tobą. Jesteś w pracy i odbierasz telefon. Okazuje się, że właśnie go zalewasz, to znaczy: kapie mu z sufitu woda. Woda, która prawdopodobnie z Twojej łazienki zdążyła zrobić już pływalnię. Na miejsce docierasz razem z hydraulikiem, którego ściągnęłaś dzwoniąc po drodze. Miły Pan Józef – złota rączka osiedla – naprawia, co trzeba i..? No właśnie. Co teraz?

Scenariusz 1.

W zasadzie nikt w ogóle nie mówił podczas Waszej rozmowy telefonicznej o pieniądzach. Ani ty nie spytałaś, ile to będzie kosztować, ani Pan Józef nie powiedział: “Oczywiście, przyjadę. To będzie kosztować tyle i tyle.” Skoro nie było wyceny, to płatność się nie należy, prawda?

Scenariusz 2.

Załóżmy jednak, że zdajesz sobie sprawę, że nikt nie pracuje za darmo. Kiedy więc Pan Józef uporał się z naprawą, pytasz “To ile się należy?” i słyszysz kwotę. Przypominasz sobie jednak, że koleżanka ostatnio mówiła ci, pracę u niej niej Pan Józef wycenił na połowę tej kwoty. Skoro więc teraz chce dwa razy więcej, coś tu jest “nie halo”, prawda?

Scenariusz 3.

Pytasz “To ile się należy?” i słyszysz kwotę, jaką wymienia Pan Józef, ale coś ci nie pasuje. Przecież widzisz, że zajęło mu to tylko pół godziny, w dodatku tylko zmienił uszczelkę i to jeszcze używając narzędzi starszych niż te w twoim garażu po dziadku. Zaraz, zaraz, nie należy się tyle kasy za coś tak banalnego, prawda?

Czy któryś z tych scenariuszy wydarzył się w twoim życiu? Miewasz podobne wątpliwości, kiedy korzystasz z usług mechanika samochodowego, kosmetyczki, stolarza, czy fryzjera? Czy kiedykolwiek powiedziałaś fryzjerce, że skoro obcięła cię przytępionymi nożyczkami, to zapłacisz o połowę mniej? Jeśli nie (jakoś mnie to nie dziwi!), to dlaczego – kiedy otrzymujesz wycenę stworzenia strony internetowej – nagle odzywa się w tobie jakiś dziwny przymus zdobycia tytułu “negocjatora roku”?

I tu właśnie jest miejsce na drugi case, który przydarzył mi się niedawno…

Był piątek, pracowaliśmy sobie w miłej atmosferze nad pewnym projektem, kiedy – o zgrozo – odebrałam telefon. Po drugiej stronie Pani pyta, czy mogę wycenić jej “zrobienie strony internetowej firmy”, ponieważ ta, którą mają, wydaje się potrzebować odświeżenia. O ja nieszczęsna!

Kolejną godzinę spędziłam na “pogawędce” na temat tego, że nie, nie wyceniam tworzenia internetowych wizytówek firmowych przez telefon, że potrzebuję przynajmniej opis tego, co na kolejnych podstronach ma się znajdować, że tak, strona będzie wstępnie zoptymalizowana, że da się w WordPressie wstawić formularz kontaktowy, że co? a! okazuje się po pół godziny, że jest już strona na WordPressie, ale Pani ma do niej ograniczony dostęp, więc nie sprawdzi mi kilku rzeczy, więc ja sprawdzam je w tzw. międzyczasie to, co może mnie interesować i tak, można “tylko” zmienić motyw, ale póki nie zobaczę środka nie będę wiedziała, ile to pracy i że naprawdę najlepiej, jakby Pani opisała, czego w ogóle ode mnie oczekuje, bo ja nadal nie wiem…

Gdzieś pośrodku tych przeróżniastych pytań i podchodów usłyszałam, że tak właściwie to Pani widziała, jak pracuje się na WordPressie (w poprzedniej pracy widziała, jak koledzy to robią) i że to bardzo proste jest, więc ona nie wie, skąd takie niebotyczne sumy sobie firmy życzą za zrobienie “prostej strony internetowej”. Na moje pytanie, dlaczego więc Pani nie zrobi tej strony sama, usłyszałam odpowiedź, której oczywiście się spodziewałam, to znaczy:

“bo nie umiem”.

Kurtyna.

Wyjaśnijmy więc sobie jedną rzecz. Kiedy wzywasz do swojej awarii hydraulika, oddajesz samochód do naprawy, czy idziesz do fryzjerki, to nie płacisz specjalistom dlatego, że usługa, którą wykonują jest trudna. Płacisz dlatego, że jej potrzebujesz i z różnych względów nie możesz zrobić tego samodzielnie. Ja też mogę się wiele nauczyć: języków obcych, mechaniki kwantowej, czy robienia ciasta na pizzę. Z jakichś powodów jednak wielu rzeczy się nie nauczyłam, dlatego za opracowanie statystyki w badaniach pracy magisterskiej, czy za pociągnięcie kabli elektrycznych w domu zapłaciłam komuś, kto się nauczył. Proste?

I jeszcze jedno – coś, o czym pewnie nie myślisz. Wiesz, że mówiąc mi lub pisząc, że moja praca powinna mniej kosztować, bo zajmuje mi mało czasu, bo jest dla mnie prosta do wykonania, bo to na gotowym i darmowym “szablonie”, bo cokolwiek innego… To tak, jakbyś mówiła mi, że próbuję cię oszukać, wyłudzić kasę za coś, co nie jest tyle warte. Bo ty tak sądzisz. Bo tak ci się wydaje. Bo tak słyszałaś.

A teraz zastanów się, proszę. Jeśli naprawdę o takie działanie mnie podejrzewasz już na samym początku, zanim jeszcze w ogóle cokolwiek zaczniemy, to czy na pewno chcesz ze mną współpracować? Bo mnie to zniechęca… Oczywiście rozumiem, że możesz mieć mniejszy budżet. Możemy usiąść do rozmowy o stawce. Porozmawiajmy jednocześnie również o zmniejszeniu zakresu prac. Bo skoro już negocjujemy, to może traktujmy się po partnersku?

Za co więc płacisz zlecając mi pracę?

Po pierwsze i najważniejsze: płacisz mi za konkretną pracę. Umawiamy się, że coś dla ciebie zrobię w jakimś terminie, robię to i otrzymuję zapłatę.

Po drugie – za to, że wiem, jak zrobić to, co chcesz mi zlecić. Choć… Zdradzę ci pewien sekret. Czasem nie wiem, jak coś zrobić. Nie jestem alfą i omegą. Ba! Naprawdę więcej nie wiem, niż wiem. Ale wiem, gdzie szukać sposobu, jak to zrobić lub mam w kontaktach kogoś, komu mogę to pod-zlecić. Przykład? Kiedyś dostałam zlecenie, które prowadziłam ze znajomą po to, by tak naprawdę wykonał je ktoś trzeci. I tak się zdarza, choć ty często na etapie naszej współpracy się o tym nie dowiesz. Wierz mi, nie ma takiej potrzeby.

Po trzecie – za to, że właśnie do mnie ze zleceniem przychodzisz. Zaskakujące? To pomyśl chwilę, co sprawiło, że chcesz mi zlecić pracę? Blog, który prowadzę od prawie trzech lat (stan na lipiec 2016 roku)? Rzetelne wpisy i porady, które rozdaję na nim za darmo? A może fakt, że mijamy się na Facebooku i widzisz, jak podpowiadam ludziom różne rozwiązania nie wystawiając za to faktury? Ani e-kreatywnie, ani tym bardziej ja sama nie urodziłam się wczoraj. Na miejsce, w którym dziś jestem, pracowałam ostatnich kilka lat. I nie, nie zawsze była to łatwa, lekka i przyjemna praca.

Po czwarte – za czas. Nie, nie tylko za mój czas (właściwie nawet powiem ci – skoro już rozmawiamy szczerze – że przekonywanie mnie do tego, jak mało czasu zajmie mi zlecenie, bo “jestem specjalistą i dla mnie to proste” to takie wiesz, słabe jest…). Również za czas, który ty oszczędzasz nie musząc uczyć się tego, co ja już umiem. Więc tak naprawdę płacisz mi za to, że w konkretnym czasie możesz zająć się czym innym niż tym, co ja dla ciebie wykonuję.

I po piąte – za moje koszty. Podejrzewam, że wiesz, że od czasu do czasu ja też muszę coś zjeść i mój pies też, ale nie o takich kosztach tu wspominam. Każdy z nas, kto prowadzi firmę, poza przychodem, ma również stałe koszty jej istnienia. Trzeba opłacić tak dziwną instytucję, jak ZUS (dla niewtajemniczonych to około 300 – 1200 zł miesięcznie, niezależnie od kwoty, jaką się zarobi), odprowadzić podatek i zlecić sumowanie i odejmowanie komuś, kto się nie gubi w interpretacjach naszego polskiego niełatwego ustawodawstwa. Niestety w naszym kraju trzeba sporo odwagi, żeby żyć tylko i wyłącznie z prowadzenia firmy. Piszę o tym wprost, bo codziennie mijam się w social mediach z osobami, które za wszelką cenę chcą tej decyzji uniknąć i szukają na to sposobów. Tak, za odwagę bycia przedsiębiorcą również mi płacisz. Na pocieszenie dodam tylko, że większości z nas – przedsiębiorców – płacisz za to wszystko. Naprawdę. Nie tylko mi 😉 Jeśli nadal zastanawiasz się, na ile wycenić to, co robisz, to na koniec kilka wskazówek.

Jak wycenić swoją pracę? Kilka moich wskazówek

  • Nie mam cennika. Szok? Tak. Po prostu nie mam stałego cennika, bo go nie potrzebuję. Kiedyś miałam, ale z czasem zobaczyłam, że każde zlecenie jest inne i każda współpraca jest inna. Dlatego nie mam stałego cennika, który wisiałby gdzieś w sieci. Nie mam i już.
  • Działam subiektywnie. Jeśli intuicja na etapie ustalania szczegółów zlecenia podpowiada mi, że “coś tu nie gra”, to często odpuszczam zlecenie. Nie jest jednak też tajemnicą, że jednym ze sposobów podziękowania niedoszłemu Klientowi za współpracę jest podanie granicznej stawki za zlecenie. Nie boję się tego robić. Mniej więcej wiem, za jakie pieniądze jestem w stanie się męczyć z Klientem, a za jakie nie.
  • Czasem wycena zależy od mojej aktualnej sytuacji życiowej. Bo różnie w życiu bywa: czasem mniej, a czasem więcej hajsu potrzebuję na “waciki”.
  • Nie uzależniam wyceny od rodzaju narzędzi, na jakich będę pracować. W zasadzie mowa o motywach WordPressa. Warto wiedzieć, że tak naprawdę nie jeden gotowy bezpłatny motyw potrafi być bardziej uciążliwy w konfiguracji niż płatny. Również odwrotnie. Zdarza się, że płatny to nie przysłowiowa “bułka z masłem”. Ale też umówmy się – jeśli proponuję ci, że poszukam motywu to dlatego, że wiem, gdzie ich szukać i umiem sprawdzić, czego po którym można się spodziewać.
  • Nie biorę udziału w “wyścigach szczurów”, to znaczy nie rejestruję się na portalach ogłoszeniowych, bo tam wykonawców szukają ci, który kierują się tylko ceną (oczywiście im niższa tym lepsza). Dziś tak się już szczęśliwie składa, że moi Klienci wiedzą, za co mi płacą.
  • Nie kieruję się “podpowiedziami”, czy sugestiami Klientów. To ja wiem, co w zleceniu jest proste, a co nie do końca. Wierz mi, jeśli użyjesz frazesu “prosta strona wizytówka” – w mojej głowie zapalają się wszystkie możliwe czerwone lampki. Bo z tak zdefiniowanej planowanej strony internetowej zawsze są jakieś kłopoty.
  • Nie stosuję stawek godzinowych. Kiedyś współpracowałam z kimś, kto rozliczał moją pracę godzinowo i to nie był dobry pomysł. Bo w imię czego masz płacić za moje rozkojarzenia?
  • Nie wyceniam też zlecenia w zależności od “ilości podstron”. Owszem, rozmiar akurat w tym przypadku ma znaczenie, ale też podstrona podstronie nie równa. Widziałam już opis podstrony Kontakt z takim formularzem, że samo jego napisanie zajęłoby osobne dwa dni pracy.
  • Czasem wycenię coś w zależności od nastroju. Czasem żałuję później, bo np. okazało się więcej pracy, niż przypuszczałam, bo czegoś nie dopatrzyłam. W takich sytuacjach robię “po kosztach”. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że przyjęłabym zlecenie i w trakcie jego wykonywania podnosiłabym stawkę. No nie. Po prostu nie.
  • Zdarza mi się też wycenę wręcz zaniżyć. Bo ktoś znajomy, bo kogoś lubię, bo komuś coś zawdzięczam, bo cokolwiek. Dlaczego tak robię? Bo mogę.
  • Mam taką swoją drobną praktykę. Dosłownie na chwilę przed wysłaniem maila z wyceną Klientowi przymykam oczy i sprawdzam, jak czuję się z tym, co chcę wysłać i czy to jest zgodne ze mną. Jeśli tak – klikam wyślij.

Wracając do pytania: “jak wycenić swoją pracę” odpowiem ci jednym zdaniem.

Wyceniaj wykonanie zlecenia zawsze w zgodzie ze sobą. To naprawdę się sprawdza.

Najpierw spytaj siebie, ile za takie zlecenie chcesz otrzymać, a później uzasadnij Klientowi, dlaczego właśnie tobie ma tyle zapłacić. I już. I to cała filozofia. Żadne inne “złote rady” na czymś takim jak WOLNY RYNEK nie mają racji bytu.

Więc jak wycenić swoją pracę? Masz odwagę podzielić się tym, jak to robisz? Oczywiście odpowiedz w komentarzu. A! I pozdrawiam Was wszystkich, którzy właśnie nie napiszecie do mnie w sprawie współpracy 🙂 Niech nam wszystkim dobrze się wiedzie!

Dołącz do WP MasterClass

O autorce...

Kasia Aleszczyk

Znana jestem z tego, że pomagam innym zaprzyjaźniać się z WordPressem. Na co dzień uczę również, jak żyć w necie, by przeżyć. Cieszę się, że jesteś i zapraszam częściej!

5 thoughts on “Dowiedz się, za co mi płacisz, czyli o tym, jak wycenić swoją pracę

  1. Ehe, bywa różnie, klienty różne. Ale wycena pracy powinna iść od wyceniania swego doświadczenia. Zapytaj siebie dlaczego ty to robić za … zł? Jeśli zmożesz dać argumentowaną odpowiedź, to czemu nie? Moja metoda jest prosta: nazywać trzeba cenę, przy której nie będziesz czuć się przygnębiony (że podałeś mniejszą kwotę niż powinien by).

    1. O tak, Klienci naprawdę bywają różni i różniści. Ja też lubię “dobrze czuć się” z wyceną 🙂

  2. Widziałam tę dyskusję, sama się zbulwersowałam. A obrazek do wpisu bardzo adekwatny, ta przysłowiowa “miska ryżu” 😛

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sięgnij po więcej!