Lifestyle

Czy można traktować cię poważnie?

Znasz ten uczuć? Potrzebujesz czegoś i nie potrafisz zrobić samodzielnie, więc – logiczne – szukasz kogoś, kto potrafi. Rozmawiacie, uzgadniacie, ty przedstawiasz swoje trudności, on/ona swoje pomysły na ich rozwiązanie, wzbudza twoje zaufanie, dogadujecie cenę, termin, po czym wracasz do domu z bananem zadowolenia przeplatającym się z zachwytem nad życiem na twarzy, a kolejne dni cieszysz się jak przysłowiowy “głupi” na widok sera (zastanawiałeś się kiedykolwiek, jaki to musiał być ser i czy nie miał czegoś wspólnego z grzybkami?). A potem okazuje się, że…  Każdy grzyb ma swojego trującego odpowiednika, każdy kij ma dwa końce, a Człowieka poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy!

Polecałam kiedyś na blogu dwa hostingi, już polecam jeden, bo w tak zwanym międzyczasie z jednego z nich próbowałam wypłacić pieniądze z afiliacji. Zapytałam, jak mam to zrobić, po czym wypełniłam punkty, jakie mi przysłano, czyli wystawiłam fakturę i wysłałam. Otrzymałam odpowiedź, że przelew będzie do końca tygodnia. W poniedziałek zapytałam, co z przelewem i nie otrzymałam odpowiedzi. W środę zadzwoniłam do firmy i dowiedziałam się, że numer nie istnieje. W czwartek napisałam na czacie, tam otrzymałam telefon bezpośrednio do jednego z ludzi od przelewów, zadzwoniłam i dowiedziałam się, że 6 dni po deklarowanym (przez firmę!!!) terminie zapłaty to jeszcze nie taka tragedia i że przelew wyjdzie. Kiedy? Niestety człowiek ów nie wiedział, ale potem w wyniku usłyszanych ode mnie kilku nieprzyjemnych słów dodał, że w takim razie w ogóle nie wyjdzie! Napisałam wprost, co o tym sądzę, na swojej Facebookowej tablicy, a pod moim postem firma jeszcze próbowała wykręcić kota ogonem. Przelew w końcu dotarł – bagatela – 14 dni po pierwszym deklarowanym przez firmę terminie!

Oddałam kiedyś samochód do lakiernika, bo się tak złożyło, że ktoś nie wyhamował, kiedy ja postanowiłam przepuścić pieszego. Wprawdzie bez policji, ale ubezpieczyciel szkodę uznał, a ja po pół roku w końcu znalazłam chwilę, by ogarnąć temat. Warsztatu chwilę szukałam, bo ubezpieczyciel wycenił na moje oko lekko za nisko, a potem – słusznie, niesłusznie, nie wiem – zażyczył sobie, żeby zrobić to u kogoś, kto ma z nim umowę. W końcu znalazłam, zorganizowałam czas, umówiłam się na konkretny dzień i szczęśliwa podjechałam zgodnie z umową. Schody zaczęły się od razu. Bo wprawdzie tak, no, yyy, byliśmy umówieni, ale ktoś nie spisał modelu samochodu i nie wiedział, jakie części ma ciągnąć, więc nic nie jest gotowe na dziś, to już teraz, kochaniutka, sobie spisze i będzie dzwonił. Się nie doczekałam, więc wyszłam z inicjatywą i tak się w końcu zdzwoniliśmy i dowiedziałam się, że tak owa wycena niestety naprawdę niska i można zrobić powtórną, tylko zaraz kiedy by to – no tak! – najlepiej za trzy dni pani podjedzie, wszystko będzie ściągnięte, prawie pomalowane i gotowe do założenia czekało, a my tylko powtórną wycenę szkody zrobimy i tak, oczywiście, umówię człowieka na konkretny dzień, by przyjechał. Pomyślałam: spoko, fakapy się zdarzają, dobrze, że wszystko udało się wyjaśnić. Trzy dni później wprawdzie części na warsztacie były, jednak skąd lakiernik miał wiedzieć, jaki to kolor tego modelu, więc farb jeszcze nie ma, będą po południu, a najpóźniej rano i człowiek od ubezpieczyciela wprawdzie nie umówiony, ale będzie tu przejazdem na pewno dziś, to się go capnie na kawę i wycenę zrobi. Ależ oczywiście, wszystko na piątek będzie gotowe, bo jakżeby to tak, zwłaszcza, że pani tu nie mieszka, a 100 km dojechała. Później było już tylko gorzej… Bo w piątek rano się okazało, że coś tam jeszcze trzeba z gazem wymienić. Wprawdzie “gaziarza” nie ma, ale będzie jutro, więc on to zrobi, potem się pomaluje, bo malować w zagazowanej hali nie da rady – w sobotę po południu auto do odbioru. A w nieszczęsną sobotę, kolejny pech chciał, że gaziarz przyjechał, ale coś tam nie pasowało, jak miało (nie, nie pytaj mnie o części samochodowe!) i w poniedziałek o 16.00 odbiór auta. W rzeczony poniedziałek już tylko się dowiedziałam, że to przecież nie lakiernika wina, że się z 3 dni zrobiło w sumie wszystkiego 16, bo skąd on miał wiedzieć, że gaz w samochodzie zainstalowany..?

Organizowałam niedawno wynajem mieszkania. Gdzie i po co to nie do końca ważne w tej chwili. Jak dziś pamiętam pewną sobotę: oglądających umówionych zapowiedziało się dwie pary. Pierwsza z nich okazała się być studentami, którzy na ostatni dzwonek szukali jeszcze czegoś dla siebie, druga – rodzinką i obie, czyli wszyscy zainteresowani byli żywo wynajmem. Ponieważ studenci rozpoczęli od negocjacji ceny, z radością przyjęliśmy informację, że rodzinka zdecydowała się na naszą propozycję z ogłoszenia. Więc my tu sobie gadu gadu i że szczegóły i kiedy możemy się spotkać, bo że notariusz i przekazanie mieszkania oraz że kaucja i czynsz i dla nich nie ma sprawy, tylko pójdą do domu po pieniądze, bo nie wzięli ze sobą, dla mnie sprawy nie było również, bo mogę przecież poczekać. Poszli. Po dwudziestu minutach zaczęłam patrzeć na zegarek, bo ileż może trwać “chwilka”? Po czterdziestu – pisałam już do nich, bo przypomniało mi się, że nie spytałam, jak długo im zejdzie. Po godzinie bez żadnej odpowiedzi zaczęłam się niepokoić. Po półtorej spytałam, czy w ogóle mam na co czekać i dostałam odpowiedź. Cytuję: “rezygnujemy”. Koniec cytatu.

Któregoś pięknego dnia otrzymałam email od pewnego człowieka. Bardzo miło i sympatycznie ów człowiek opisał mi, jak trafił na moją ofertę ebooka i podesłał informacje o tym, co i jak można by w niej zmienić i dopisać, by jeszcze więcej ebooków sprzedawała. Była historia poznawania mojego bloga, był rekonesans, bo email przyszedł nie przez formularz na blogu, były linki: do jego strony www (z kilkoma, kilkunastoma (?) wpisami blogowymi, ofertą i jedną opinią Klienta) oraz do fapage’a i był załącznik, w którym – o zgrozo! – wypunktowano cyt. “32 elementy, których brakuje w tekście, przez co oferta nie jest/nie będzie tak skuteczna jak może być“! Nie było jednego – kompletnie gdziekolwiek brakowało kwoty. Odpisałam więc z prośbą, by takową otrzymać i w niedługim czasie otrzymałam. Wiadomość. Cytuję i zachowuję pisownię: “Kasia, W przypadku napisania oferty dla Twojego kursu cena wynosi 1300 zł netto + VAT. Decyzja należy do Ciebie 🙂 Pozdrawiam”. Jak stałam, tak usiadłam. Marzy mi się, by w takim a’la “cold mailingu” (w końcu przed otrzymaniem maila nic o tym człowieku nie wiedziałam!) tak mało musieć się napracować, by dopinać sprzedaż swoich usług!

Blog Conference Poznań to takie miejsce, w którym poznaje się innych blogerów. Świetna impreza, podczas której w zeszłym roku – z wielką przyjemnością – poznałam też trochę ludzi, którzy np. byli już zapisani na “Listy WordPressowe”. To właśnie tam w zeszłym roku poznałam i ją, a jak już poznałam, to wymieniłyśmy się detalami w social mediach i co jakiś czas zaglądałam na jej blog. Niby konkurencja, bo grafika i tworzenie stron na WordPressie, ale ja lubię ludzi, u których mi się podoba, więc jakoś tak na stałe trafiła w obszar mojego radaru zainteresowań. Któregoś dnia ogłosiła projekt. Że zaprasza blogerów, że uwielbia z nimi współpracować, że pomoże im odświeżyć blogi i jeszcze to wszystko za całkowite 0 (słownie: zero) PLN. Zapiekło mnie w okolicach ogonka zazdrości w moim serduszku, bo pomyślałam sobie: “kurczę, świetna akcja! czemu na to nie wpadłam?!” No, ale nie wpadłam, więc nie było co płakać nad rozlanym mlekiem 😉 Traf chciał, że do projektu dostała się jedna z moich Klientek. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że na koniec projektu z chęcią podpytam, jak było i w ogóle dowiem się czegoś z “pierwszej ręki”. Dowiedziałam się wcześniej… Bo okazało się, że zaprojektowana nowa odsłona jest “super, mega, hiper, świetna i w ogóle wow” i że instrukcja jej wprowadzenia jest prosta i to tak prosta, że coś nie działa, więc gdybym tak mogła rzucić okiem? Rzuciłam. Nawet obojgiem. Instrukcja tak, rzeczywiście była prosta. Wprawdzie kilka drobiazgów w niej pominięto, ale kto by się tym przejmował..?

Ktoś mądry powiedział, a mi mignęło ostatnio, że skoro dzień jutrzejszy nie należy do ciebie, nie obiecuj jutra nikomu. Daleko mi jeszcze do aż takiego skupienia na “tu i teraz”, takiego minimalizmu, slowlife, czy jak to tam nazwać. Jednak jestem przekonana, że wycofanie się z czegoś ze słowem przepraszam na ustach, rezygnacja z odpowiednim wyjaśnieniem, czy odpuszczenie sprawy z przynajmniej informacją o takim kroku to – do jasnej kurwy nędzy ciasnej! – nie jest wstyd.

To ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Share:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz