Nie zbieraj „leadów”! Nie są ci potrzebne!

Nie zbieraj „leadów”! Nie są ci potrzebne!

Ostatnio tak mam, że mniej tu tutoriali, więcej za to przemyśleń. Starzeję się, czy dojrzewam? Niezależnie – podumam sobie później – dziś chcę powiedzieć ci jedno: Nie zbieraj „leadów”! Dlaczego? Poczytaj.

Co to ten „lead” i czym go się je?

Nieliczni wiedzą, a reszcie wybaczam (żart, przecież nie musisz wiedzieć, co robię na co dzień!), że znów stałam się zacną (?) studentką. Tym razem podyplomówka, kierunek – Nowoczesny marketing. A pisząc po polsku: marketing z wykorzystaniem nowoczesnych narzędzi i pomysłów 😉 Więc tak, studiuję sobie i wspominam o tym, bynajmniej nie po to by jakoś się przechwalać, że mnie stać, ale by uzasadnić, że wiem, co to jest „lead”. Więc w skrócie i żeby jeszcze bardziej po polsku było – „lead” to jest coś podobnego do: „mniej lub bardziej pozyskany kontakt”.

Może on przybierać różne formy. W Internecie najczęściej pozyskuje się adresy mailowe (np. w zamian za udostępnienie bezpłatnych ebooków, jak u mnie na tej stronie). Czasem jednak jeszcze się zdarza, że pozyskuje się numery telefonów. Banki to uwielbiają, bo taki pozostawiony numer telefonu rokuje. Znaczy, że łatwiej kogoś do zakupu usługi czy produktu przekonać tłumacząc mu jego zalety przez telefon, niż opisując mailem. Chyba już się nie zdarza, by ktoś jeszcze próbował pozyskiwać adres zamieszkania, ale pamiętam czasy, kiedy się zdarzało. Skoro już wiemy, czym jest „lead” pogadajmy o rzeczy ważniejszej.

Po co takie „leady” kontakty się zbiera?

Stare polskie porzekadło twierdzi, że: jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o..? Cóż, hajs musi się zgadzać! Jeśli więc trafisz na stronę („landing page”, czyt. stronę lądowania, albo stronę przechwytującą – matko! kto to tłumaczył?!?), na której ktoś będzie chciał twój adres mailowy lub numer telefonu, to wiedz, że coś się dzieje. Zawsze. A konkretniej dzieje się to, że ktoś prędzej, czy później będzie chciał/próbował ci coś sprzedać. W lepszej części Internetu – ten ktoś będzie chciał cię z sobą związać wejść z tobą w relację (opcja najczęściej spotykana na blogach). Ale! Ale!

Założę się, że – jeśli tu jesteś – to i ty zbierasz w sieci jakieś „leady”! Mam rację?

Pewnie, że mam! Może dotychczas nie wiedziałaś/łeś, że to „leady” (swoją drogą nie lubię tego marketingowego bełkotu), ale zbierasz. Więc jeśli zbierasz pieczołowicie – niczym pszczoła – kontakty do innych ludzi, to ja cię dziś pytam o jedno. Jedno zasadnicze, krótkie i mega ważne. PO CO?

Bo jeśli zbierasz „leady”, by kiedyś z nich skorzystać, to nie, nie idź tą drogą. Nie ma nic gorszego, niż wierzyć, że ma się sporą listę subskrybentów i po pół roku od ich zapisu wysłać im pierwszy newsletter i zobaczyć, jak wielu z nich kliknie: „Wypisz”.

Jeśli zbierasz „leady” każdym możliwym sposobem, obiecując ludziom, że rozwiążesz wszelkie ich problemy, to nie, również tą drogą nie podążaj. Dlaczego? Ich rozczarowanie prędzej, czy później cię mocno zaboli.

Jeśli zbierasz „leady” tylko po to, by sprzedawać swoje produkty, to w ogóle zawróć. Wierz mi, tak się relacji nie buduje. A przecież to w relacjach najlepiej się sprzedaje.

Zbieractwo zbieractwu nie równe!

Chciałabym, żeby było jasne. Nie namawiam cię dziś do porzucenia wszelkiego zbierania. Namawiam cię jednak, a nawet gorrrąco zachęcam, do porzucenia zbierania bezsensownego! Ile razy czytałaś/łeś, że jeśli masz blog, to już od pierwszego wpisu musisz koniecznie zbierać zapisy na newsletter? Ba! O ile mnie pamięć nie myli – sama takie „bezcenne rady” innym dawałam! Wstyd. Bo wtedy myślałam podobnie do tych tam trzech punktów powyżej. Wstyd do kwadratu. Już wiem, że to tak nie działa… Możesz się śmiać, palcem w czoło pukać, ale ja zachęcam cię do jednego: jeśli chcesz sprzedawać, buduj relacje.

Bądź jak Michał, który rozwalił rynek księgarski sprzedażą swojej książki na ponad 28 000 (tak, tysięcy) egzemplarzy po trzech latach dawania ludziom wartościowych treści zupełnie za darmo na swoim blogu.

Bądź jak Paweł, który swoich subskrybentów nazywa Brylancikami i podsyła im swoje wpisy wcześniej i dorzuca im specjalne zniżki na swoje kursy i wystąpienia.

Bądź jak Tomek, który w swoich mailach do Czytelników pisze im czule: „kochanie”.

Bądź jak Agnieszka, która wysłała ebook za darmo tylko osobom zapisanym na swoją listę i to bez uprzedzenia i bez obiecywania, czy przynęcania ebookiem.

Bądź jak Magda, która w swoich listach dzieli się bez ściemy swoim doświadczeniem i pozytywnie motywuje do działania nic nikomu nie sprzedając.

Bądź jak…

Pszczoła! Bo pszczoła leci tam, gdzie inne pszczoły dały jej cynk, że jest po co. Bo pszczoła nie zbiera niczego bezsensownie. Bo pszczole nie zależy na ilości, ale ceni sobie jakość. Bo pszczołę nakręca do życia nektar – darmowy pyłek, który każdy może wykorzystać jak tylko ma ochotę. Bo pszczoła daje coś z siebie. Bez liczenia kosztów. Coś, co (nie tylko) misie kochają najbardziej. Miodzio! Wartościowe treści!

Zobacz moje kursy online!

Kup kurs online i zacznij sprzedawać na własnym WordPressie
  • Adela Jakielaszek

    No proszę, tez się jakiś czas temu zastanawiałam po co mi ten newsletter, skoro nic nie sprzedaję tylko pisze bloga. Przecież jak nagle wyślę ludziom informację z reklamą jakiś baniek mydlanych to tylko się wypiszą. I po co mi to? No chyba po to, aby się potencjalnym reklamodawcom mogła pochwalić, że mam tylu a tylu subskrybentów.

    • Aaaaa tam, jak piszesz newsletter to już jest dobrze 🙂 Gorzej by było, gdybyś zbierała zapisy ludzi i nic im nie wysyłała przez kilka miesięcy. Dopiero byliby później zdziwieni, że coś od Ciebie otrzymali 😉

  • Mam to samo podejście 🙂 Świetny tekst, bardzo potrzebny wielu ludziom 🙂 Bardzo mnie cieszy, że o tym napisałaś, bo to takie ważne, żeby w świecie marketingu być tak po prostu ludzkim 🙂

    • Pięknie powiedziane. Być po prostu ludzkim. To takie inne od patrzeć i analizować dane… Dzięki! 🙂

  • Ależ mi miło znaleźć się w tak zacnym towarzystwie 🙂 Dziękuję 🙂

    • Zasłużenie 🙂 Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyłaś tym wysłanym ebookiem 🙂

  • Lubię u Ciebie to relacyjne podejście. Tym mnie do siebie przekonałaś. 🙂 Ja wysyłam na razie tylko powiadomienia o nowych postach i szukam dopiero pomysłu na newsletter. Na taki, który byłby rzeczywiście dawaniem czegoś z siebie. No ale i żeby jego przygotowanie nie wymagało ode mnie zawieszenia wszystkich innych zobowiązań. 😉

    • Ale super 🙂 Dzięki piękne 🙂 Pomysł na prowadzenie newslettera zapewne sam do Ciebie przyjdzie. Zobaczysz 🙂 Wysyłanie powiadomień o wpisach jak dla mnie też jest ok. Pod warunkiem, że nie obiecuje się nic więcej 😉

      • Się nie obiecuje. 🙂 I się zresztą nie zbiera kontaktów przez to. Skoro piszę: „Nie przegap żadnego postu!”, to oczywiście mam świadomość, że są na to inne sposoby, za które nie trzeba „płacić” adresem. 🙂 Hmm… choć może być i tak, że jednak mało kogo interesuje to, o czym piszę. Chlip, chlip… 😉

        • eeeee ale proszę Pani 😉
          Zacznijmy od tego, że łatwo bardzo przegapić zapis na newsletter… No jakoś nijak się on nie wyróżnia o_O
          Się więc nie dziwię, że się nie zbiera kontaktów… 😉

          • Ale proszę Pani, ma mnie Pani. 😉 Ja się nie mam za bardzo z czym narzucać, więc ten „zapiśnik” cichutki raczej. Choć obecnie zapis jest i w sidebarze, i na końcu nowych wpisów. Dzięki za zerknięcie. :*
            Wiem, wiem; pop-up. Miałam przez jakiś czas, wywaliłam. Ale zrobię znowu, kiedy: a) taka jedna laska mi odpowie, w czym zrobiła swój (to był pierwszy pop-up w moim życiu, którego nie wyłączyłam „z automatu” – taki cuuuudny!); b) kiedy przygotuję gratis – dobrze wiem, co to będzie, ale potrzebuję chwilki, eee… większej chwilki, żeby to zrobić na spokojnie. Czyli pewnie w weekend majowy. Raz jeszcze dziękuję, 🙂

          • A tam pop up. Pop up nie rozwiązuje kwestii zasadniczych 😛 Ja na swój zdecydowałam się dopiero dwa miesiące temu, kiedy:
            a) miałam już listę ponad 500 osób,
            b) dopracowałam ebook
            c) miałam okładkę ebooka
            d) przyszedł mi pomysł, jak ten pop-up wypełnić treścią
            e) najważniejsze – znalazłam sposób (nieocenione MailerLite!), żeby jego zrobienie nie zajęło mi tony czasu!
            Także ten. Spokojnie i luz. To przeca nie zawody 😉
            Problem z cichutkim zapiśnikiem (jakie zajefajne określenie!) jest taki, że on nie generuje zapisów, więc nie przybywa zapisanych, więc nie pojawia się motywacja, by się zapisanymi (bo mało) jakoś uważniej zająć, więc nie ma co oferować w zapiśniku, więc pozostaje on cichutki… i kółko się zamyka…
            Dobrej majówki! 🙂

  • Tradycyjnie w punkt – na wielu poziomach 🙂 Chociaż z jednej strony żal mi, że jeszcze nie zbieram, to z drugiej strony, dzięki Twojemu artykułowi tylko się utwierdzam w słuszności mojej decyzji. Coś >się< kroi, ale do tego czasu, bezsensownemu zbieraniu mówię zdecydowane nie! 🙂

  • Miód na moje uszy – czy raczej oczy :). Staram się stosować do większości rad odnośnie prowadzenia bloga, natomiast do dziś ( a minęły już 3 m-ce :)) nie zbieram leadów, bo jak sobie pomyślałam o niektórych newsletterach, na które się zapisałam, to stwierdziłam, że dopóki nie będę miała czegoś do zaoferowania, właśnie dla zbudowania relacji to nie będę tego robić, bo tylko zniechęcę ludzi. Normalnie jakiś opór się we mnie budził jak czytałam – „zbieraj kontakty od samego początku”. Przedstawiona tutaj perspektywa pozwala wziąć głęboki oddech i…zacząć… Dzięki 🙂

    • Ha! Kurczę, ale super 🙂 Tylko z tym miodem na oczach uważaj, bo nie wiem, jakie może to mieć konsekwencje 😉

  • Agnieszka Biernat-edMontessori

    No, to dowiedziałam się, że jestem pszczółką 🙂 Fajnie. Od ponad dwóch lat, coś daje i jakoś nie mogę dojrzeć do sprzedawania swoich usług. Więc chyba będę dalej pszczółką, ale coś chyba powinnam zmienić. Dziękuje za tekst.

    • Pszczółki są fajne 🙂
      Ja sobie myślę, że po prostu przychodzi odpowiedni czas na sprzedaż. Może i sami Czytelnicy coś podpowiedzą?

  • Kasiu mądrze napisane 🙂 Dziękuję za polecenie mojego miejsca i newslettera 🙂 Każde działanie, a jest nim też budowa listy mailingowej powinno mieć jakiś cel. Jeśli mamy produkt/ofertę to jest to budowanie relacji, a prędzej czy później przedstawienie też naszej oferty. Jednak najpierw te relacje trzeba zbudować, dać jakąś wartość, a nie tylko „cześć, jestem – kup ode mnie „. Ludzie muszą nas poznać (choć trochę) i przekonać się czy w ogóle chcą z nami współpracować. Jeśli mamy blog to takim celem może być budowanie relacji, informowanie o tym, co u nas słychać, ale i kierowanie na blog czy jeśli planujemy wprowadzić ofertę to w przyszłości i poinformowanie o niej. Jednak tak, jak piszesz – relacje, relacje. Bez tego ciężko, a moim skromnym zdaniem – bez nich nie da rady :))

    • Oj tak. Też właśnie się o tym przekonuję. Relacje, a sprzedaż przychodzi później mimochodem, jakby przy okazji, kompletnie nienachalnie 🙂

      • Mam takie same doświadczenia 🙂 Po ponad 7 latach w sprzedaży – potwierdzam 🙂 Bardzo warto stawiać na relacje i myśleć o klientach/czytelnikach. Przy okazji przychodzi sprzedaż, tak jak piszesz 🙂